Danuta Hübner

scroll down

Danuta Hübner

Stan stosunków transatlantyckich

Przemówienie Komisarz UE na spotkaniu Grupy Bilderberg w Warszawie

15 października 2004

Twitter Facebook Linked In Mail

Powiększona o państwa Europy Środkowo-Wschodniej Unia Europejska redefiniuje relacje z USA. Nowo powołana komisarz ds. polityki regionalnej – jako pierwsza osoba z Polski na tak wysokim stanowisku w UE – Danuta Hübner przekonuje, że transatlantyckie partnerstwo przez to nie ucierpi, a wręcz ma szansę na wzmocnienie.

Szanowni Państwo,

Nie jako ekspert, ale jako praktyk i z pewnością ktoś, komu leży na sercu stan stosunków transatlantyckich, muszę przyznać, że duży procent europejskich polityków przez połowę życia zamartwia się stanem relacji transatlantyckich. Nieco mniejszy procent amerykańskich polityków robi to samo. Pięćdziesiąt lat temu wcale nie było inaczej. Czy mieliśmy rację, martwiąc się wtedy, i czy jest jakiś powód, by bardziej martwić się dzisiaj?

Według mnie istnieje dobry powód, by cały czas pielęgnować te relacje. To nasza jedyna szansa, by obronić wspólne wartości w coraz bardziej niebezpiecznym świecie. Jeśli wrogom liberalnego, wolnego i demokratycznego społeczeństwa uda się wbić klin między Stany Zjednoczone a Europę, to ryzykujemy utratę tego wszystkiego.

Sceptycy, oczywiście, podadzą w wątpliwość to, czy nasze wartości są faktycznie wspólne. Wskażą na różnice między etatystyczną Europą a indywidualistyczną Ameryką, między amerykańskim społeczeństwem z silnymi przekonaniami religijnymi a laicką Europą, między pacyfistyczną miękką siłą Europy a wojowniczą twardą siłą USA.

Całkowicie odrzucam te argumenty. Tym, co nas łączy, jest obrona wolności i nasza wiara w demokrację jako najlepszy sposób obrony tej wolności. Ci z nas, którzy pochodzą z Europy Środkowej i Wschodniej, znają wartość wolności może jeszcze lepiej niż ci, którzy cieszyli się nią znacznie dłużej.

Ale sceptycy tak łatwo się nie poddadzą. A co z Irakiem? – zapytają. Co ze „starą” i „nową” Europą? Nie ma sensu zaprzeczać, że ten epizod wystawił nasze relacje na ciężką próbę.

Dla mnie najgorszym aspektem różnicy zdań w sprawie Iraku był fakt, że niektórzy prominentni politycy po obu stronach Atlantyku zdawali się cieszyć z rysujących się podziałów. Można było odnieść wrażenie, że niektórzy politycy w Stanach Zjednoczonych próbują jeszcze pogłębić już istniejące podziały w Unii Europejskiej; zasadniczo uznali, że z punktu widzenia amerykańskich interesów najlepsza jest podzielona Europa. Natomiast w Europie inni politycy zobaczyli w tym sporze szansę na zademonstrowanie niezależności Europy od USA, czyli czegoś, do czego tęsknią, choć nie są gotowi za to zapłacić.

Pozwólcie, że w tym kontekście powiem, że Europejczycy potrzebowali czasu, żeby zrozumieć, jak głębokim wstrząsem dla Amerykanów były zamachy z 11 września. Podobnie niektórzy Amerykanie potrzebowali czasu, żeby zrozumieć, że nawet największe mocarstwo na świecie potrzebuje sojuszników i multilateralizmu, jeśli nie po to, by wygrać wojnę, to z pewnością po to, by wygrać pokój, co jak wiemy, jest czymś zupełnie innym. Dzisiaj, jak sądzę, oba te fakty są dobrze rozumiane przez decydentów po obu stronach Atlantyku.

Mam poczucie, że wyciągnęliśmy wnioski z Iraku i teraz lepiej się rozumiemy niż przed tym konfliktem. Wolałabym widzieć spór w sprawie Iraku jako część przebiegającego na początku XXI wieku procesu uczenia się (w ten sposób łatwiej przyswoić sobie tę lekcję), niż jako linię uskoku w stosunkach transatlantyckich.

W trzecim punkcie chciałabym powiedzieć, że jeśli mamy razem bronić naszych wspólnych wartości, to z pewnością musimy stawić czoło naszym słabościom.

My Europejczycy często uznajemy amerykańską politykę zagraniczną za dość arogancką i opartą na bardzo uproszczonej wizji skomplikowanego świata – pamiętamy tę słynną uwagę: „to prawda, że oni mają worki pieniędzy, ale to my mamy olej w głowie”. Amerykanie często widzą Europę jako miejsce, w którym panuje straszny bałagan, niezdolne do szybkich decyzji i generalnie pogrążone w wewnętrznych kłótniach – pamiętamy tę inną słynną uwagę o braku numeru telefonu w Europie, pod który można by zadzwonić w sprawie jej polityki zagranicznej.

Sądzę, że po stronie amerykańskiej ten sposób widzenia wynika po części z faktycznych problemów z europejską polityką zagraniczną, po części z niezrozumienia znaczenia miękkiej siły w odróżnieniu od siły militarnej, ale też z błędnego przekonania na temat charakteru Unii Europejskiej. Amerykanie zwykle przykładają amerykańskie kategorie do znacząco innej sytuacji w Europie. Arizona i New Jersey nie mogą prowadzić odmiennej polityki zagranicznej, zatem jak to jest możliwe w przypadku Francji i Polski?! Jak wiemy, Unia Europejska nie jest państwem federalnym z centralnym rządem, i jest mało prawdopodobne, by za naszego życia stała się takowym. To wyjątkowy zbiór instytucji, którym suwerenne państwa przekazały kompetencje w pewnych istotnych obszarach działania.

Ale ten wyjątkowy układ instytucjonalny okazał się zdolny do dokonywania wielkich politycznych przełomów. Ukończenie budowy rynku wewnętrznego, wspólna polityka handlowa i stworzenie unii monetarnej to tylko trzy przykłady w sferze wewnętrznej.

Rozszerzenie Unii o kraje Europy Środkowej zaledwie piętnaście lat po upadku komunizmu jest oczywiście, według mnie, największym unijnym tryumfem, z którego wszyscy powinniśmy być bardzo dumni.

To prawda, że w sprawach zagranicznych Unia koncentruje się raczej na miękkiej niż na twardej sile. Państwa członkowskie Unii są od dawna militarnymi „pasażerami na gapę”, korzystającymi z amerykańskiej tarczy ochronnej. Jednak Amerykanie nie doceniają wagi miękkiej siły i wpłacają jedynie drobną część pieniędzy, które Europejczycy inwestują w pomoc na rzecz rozwoju i inne formy miękkiej siły.

Szkoda, że tak się dzieje, ponieważ w polityce zagranicznej powinniśmy raczej przeciwdziałać kryzysom u ich źródła, niż działać jak globalny strażak, który gasi jeden pożar po drugim. Jeżeli nie zajmiemy się problemem biedy i niesprawiedliwości na świecie i nie spróbujemy szerzyć demokracji swoim przykładem i przekonywaniem, to nadal będziemy przechodzić od jednego kryzysu do drugiego.

Ale to prawda, że my Europejczycy nie byliśmy zjednoczeni w wielu kwestiach polityki zagranicznej i naprawdę musimy poradzić sobie z tymi słabościami. Nie stworzymy jednolitej polityki zagranicznej Unii w krótkim czasie; w pewnych kluczowych kwestiach różnice między państwami członkowskimi są zbyt wielkie. Jednak podejmujemy zdecydowane działania w tych wielu obszarach, w których faktycznie mamy wspólne stanowisko, a kluczowym rozwiązaniem instytucjonalnym jest nowa funkcja unijnego ministra spraw zagranicznych, który będzie odpowiedzialny zarówno za czystą politykę zagraniczną na poziomie całej Unii, jak i za rozwój jej miękkiej siły. To prawda, że to nowe rozwiązanie musi zostać jeszcze zatwierdzone w referendach ratyfikujących nową konstytucję Unii, ale zgoda na poziomie rządów stanowiła istotny krok.

W czwartym punkcie chciałabym odnieść się do niedawnego rozszerzenia Unii o osiem krajów Europy Środkowej i dwie wyspy: Cypr i Maltę. Czy to rozszerzenie spowoduje dużą różnicę w polityce zagranicznej Unii Europejskiej i stosunkach transatlantyckich, czy nie? Moja odpowiedź brzmi: „nie” i „tak”!

Moje „nie” odzwierciedla osobiste poczucie, że w większości kwestii nowe państwa członkowskie Unii mają podobne poglądy do starych członków. Spójrzmy na historię mojego kraju, Polski, w ostatnich kilku latach; Polska zgadzała się z niemal wszystkimi decyzjami dotyczącymi polityki zagranicznej podjętymi przez Unię. Nowe państwa członkowskie nie zmienią radykalnie ani treści, ani stylu polityki zagranicznej Unii Europejskiej.

Jednak w mojej odpowiedzi jest też „tak”, będące odbiciem subtelnych różnic, które w końcu mogą okazać się decydujące.

Co do stosunków transatlantyckich, to jestem pewna, że nowi członkowie podzielają mój pogląd, że sojusz między Stanami Zjednoczonymi a Europą ma kluczowe znaczenie dla ochrony naszej wolności i szerzenia pokoju na świecie. Poznaliśmy bezpośrednio wartość amerykańskiego wsparcia przez tamte lata, gdy albo byliśmy zdominowani przez Związek Radziecki, albo, jak w przypadku państw bałtyckich, byliśmy do niego włączeni. Wszyscy też posiadamy znaczące grupy rodaków mieszkających w Stanach Zjednoczonych. Wielu z nich wydobyło się z biedy i ucisku dzięki szczodrej Ameryce, która przyjęła ich lub ich przodków jako imigrantów. Te więzy są bardzo głębokie i jeszcze przez wiele kolejnych pokoleń będą wpływały na politykę zagraniczną naszych krajów, ale też Unii jako całości.

Z drugiej strony, nie oznacza to wcale pełnej akceptacji działań amerykańskiej polityki zagranicznej, jeśli z naszej perspektywy wydają się nierozsądne. Wsparcie państw naszego regionu dla interwencji w Iraku nie było jednomyślne, a wsparcie mieszkańców nigdy nie miało charakteru większościowego. Ale oznacza to, że nowe państwa członkowskie uznają dobre stosunki transatlantyckie za stały czynnik pokoju i stabilności, mający większe znaczenie od sporadycznej różnicy zdań w polityce zagranicznej.

Chciałabym wyrazić przekonanie, że niewątpliwie największym sukcesem polityki zagranicznej Unii Europejskiej jest rozszerzenie obszaru pokoju, stabilności i postępu gospodarczego w jej sąsiedztwie. Wielkim tryumfem było powiększenie Unii o kraje Europy Środkowej. Ogromny wpływ na stabilność w Europie południowo-wschodniej wywarł Układ o Stabilizacji i Stowarzyszeniu połączony z ofertą ostatecznego członkostwa w Unii.

Przyjęcie nowych członków doprowadzi, moim zdaniem, do pogłębienia naszych relacji z Europą Wschodnią, z krajami południowego obszaru basenu Morza Śródziemnego i z Bliskim Wschodem, w ramach Europejskiej Polityki Sąsiedztwa. Polski rząd będzie z pewnością dążył do silniejszych związków ze wschodem – w końcu jest to szczególne sąsiedztwo Polski. Inne nowe państwa członkowskie Unii będą miały, jak sądzę, podobne poglądy. Rozszerzenie zwiększyło też liczbę państw członkowskich, które wyraźnie opowiadają się za przyjęciem Turcji do Unii, co już widać w Parlamencie Europejskim.

Te nowe fakty to dobra wiadomość z punktu widzenia stosunków transatlantyckich. Także w interesie Ameryki leży połączenie jak największej liczby państw Europy w Unię, w której demokracja i rządy prawa są zagwarantowane. Nawiasem mówiąc, jest to również dobre dla amerykańskiego biznesu. Ten proces stymuluje Europejska Polityka Sąsiedztwa, której celem jest większa zbieżność regulacyjna na całym kontynencie oraz pobudzanie współpracy gospodarczej i wzrostu.

Zatem, w mojej ocenie, rozszerzenie Unii jeszcze wzmocniło stosunki między Ameryką a Europą, które i tak nie cierpią na jakąś nieuleczalną atrofię, tylko czasami przeżywają krótkie okresy osłabienia.

Nowe państwa członkowskie, ale też starzy członkowie, wiedzą, że wolność przyszłych pokoleń oraz pokój i demokracja na świecie zależą od siły tych stosunków. Albo będziemy razem prosperować, albo osobno upadniemy.

Scroll to topPowrót na górę

PL/EN

Wybierz format