Karol Modzelewski

scroll down

Karol Modzelewski

Pożegnanie buntownika

Przemówienie podczas pogrzebu Jacka Kuronia

26 czerwca 2004

Twitter Facebook Linked In Mail

Hurraoptymizm związany z wejściem Polski do Unii Europejskiej przysłania ocenę kosztów społecznych polskiej transformacji. Jednym z najbardziej niedocenianych i marginalizowanych polskich polityków jest Jacek Kuroń – jeden z legendarnych przywódców opozycji w PRL, dwukrotny minister pracy i polityki socjalnej, którego śmierć zmusza do refleksji – czy aby na pewno wszystko nam się udało?

Ja może na początku powiem, że ciężko chory jest Lechosław Goździk, który i dla Jacka, i dla mnie był pewnie pierwszym w życiu napotkanym, autentycznym przywódcą robotniczym. I który jest legendą Października ’56 roku. I Leszek mnie prosił, żebym pożegnał Jacka także w Jego imieniu.

To jest wielki zaszczyt dla mnie, że mogę te słowa od Niego przekazać.

Ale jednocześnie ja bym się chciał zastrzec. Na cmentarzu oczywiście nie wszystko wypada. Ale na pogrzebie Jacka Kuronia obowiązują inne reguły. I też nie wszystko wypada – mianowicie nie wypada trzymać się kanonów tak zwanej politycznej poprawności. Ja pewnie nie będę. Ale oczywiście nie w imieniu Leszka Goździka. Każde słowo, które powiem, to jest moje słowo i ja za nie odpowiadam.

Nie ma co się oszukiwać. Polska po odejściu Jacka będzie słabsza. Słabsza, gorsza. Będzie nam trudniej stawiać czoła rozmaitym zagrożeniom. I również zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy ten pogląd podzielają.

Wielu ludziom Jacek przeszkadzał. W Polsce nie brak też takich, którzy uważają, że wiedzą na pewno, jak twardą ręką wprowadzić należyty ład społeczny, jak twardą ręką zapewnić poszanowanie twardych reguł rynku. Jeżeli wolno zapożyczyć określenie od Wojciecha Młynarskiego, są to liberałowie silnej ręki.

Im Jacek na pewno przeszkadzał. Dlatego że był buntownikiem, był wiecznym buntownikiem i to buntownikiem szalenie kłopotliwym. W ciągu swojego urozmaiconego i bogatego życia był dwa razy w partii politycznej. I w żadnej się nie mieścił. Przyłożył rękę do budowy dwóch różnych porządków ustrojowych i przeciwko każdemu się zbuntował. Zbuntował się kategorycznie przeciwko komunistycznemu, ale buntował się swoją myślą również przeciwko temu, co w dojrzałym swym życiu razem z przyjaciółmi budował.

A ponieważ był jednym z ojców założycieli wolnej Polski, to jego buntownicza myśl była kłopotliwa. Ponieważ, gdy ktoś, kto nazywał się Jacek Kuroń, krytykował społeczny bilans polskiej transformacji ustrojowej albo wojnę w Iraku i nasz w niej udział, to nie można mu było przykleić etykietki populisty, i to był kłopot.

Umarł. Więcej takiego kłopotu nie będzie. Można Go uczcić pomnikiem, można uczcić Jego zasługi, oddać Mu hołd. I będzie spokój, nikt o takim autorytecie nie będzie już siał wątpliwości, zwątpienia, nie będzie buntował ludzi. I to jest właśnie to niebezpieczeństwo, które grozi Polsce. Uciszenie myśli buntowniczej sprawia, że Polska będzie słabsza i mniej odporna na rozmaite zagrożenia, którym musimy stawić czoła.

Co Jacka skłaniało do tego, że się buntował? Nie żadna ideologia, coś znacznie trwalszego, znacznie bardziej podstawowego niż wszelkie ideologie. Skłaniały Go do tego wartości. Najkrócej można to określić słowami przyjętymi w Wielkiej „Solidarności” w latach 1980–1981: kierował się podstawową zasadą obrony słabszych.

To znaczy obrony robotników, gdy byli w czasach KOR-u poniewierani, wyrzucani z pracy, bici, aresztowani, gnębieni. To znaczy obrony robotników także dzisiaj; obrony wszystkich tych, którzy są na najniższych szczeblach drabiny społecznej. Tych, którzy są słabi, tych, którzy są w ubóstwie, tych, którzy nie bardzo mogą się zdobyć na godne życie.

Jacek nie uważał się za rycerza, obrońcę uciśnionych. On – przeciwnie – uważał, że uciśnieni mają się bronić. To znaczy, że trzeba działać wspólnie z nimi, pomagać im się zorganizować, żeby potrafili się bronić, dochodzić swego, żeby potrafili w dialogu z przedstawicielami innych interesów i innych racji dochodzić swego. I dochodzić do porozumienia. Dlatego tak skutecznie mógł mediować w konflikcie związanym z prywatyzacją Huty Warszawa; i związkowcy z Huty Lucchini Warszawa są dzisiaj nie bez przyczyny razem z nami. Dlatego są również z nami związkowcy ze Stoczni Gdynia, bo Jacek ujął się za nimi twardo i kategorycznie, kiedy próbowano w Stoczni Gdynia stłumić odruch robotniczej, międzyludzkiej solidarności za pomocą takich środków, jak zawsze: wyrzucanie z pracy na bruk, groźba niemożności utrzymania rodziny, rozmaitymi szykanami i represjami – i dlatego również oni są z nami na Jego pogrzebie.

Bo Jacek, w czasach kiedy etykę solidarności zastępuje zasada konkurencji albo jeszcze częściej konkurencja bez żadnych zasad, Jacek występował zawsze w obronie etyki solidarności, w obronie odruchów solidarności między ludźmi, ponieważ zdawał sobie sprawę, że współpraca społeczna i międzyludzka solidarność to są podstawowe formy więzi społecznej.

Kiedy więzi społeczne zanikają, pękają, to znaczy, że naród umiera. I dlatego Jacek w takich wypadkach uważał, że potrzebna jest akcja ratunkowa. I spieszył na ratunek.

Często się mówi o Nim, że On próbował rzeczy beznadziejnej. To znaczy próbował godzić wymogi racjonalności ekonomicznej ze społeczną wrażliwością. W tym coś jest. Ale słowa zaczerpnięte z propagandowych sloganów o „jedynej drodze” utrudniają dotarcie do prawdy. Można powiedzieć, że one sprawiają, że język myślom kłamie. Bo przecież nie jest tak, żeby istniała jedna racjonalność ekonomiczna. I tego Jacek był świadomy. W gospodarce, jak w każdej działalności społecznej, ścierają się różne wartości, różne interesy i rozmaite racje. Dzisiaj góruje takie podejście, że w procesie gospodarczym człowiek pracy to jest koszt. Koszt, który trzeba maksymalnie redukować. Może i do zera. I im bardziej uda się go zredukować, tym większy sukces ekonomiczny.

Jacek reprezentował przeciwstawną rację. Uważał, że taka modernizacja ekonomiczna, która dołuje połowę Polski, pozostawia połowę Polski za burtą – to nie jest sukces, tylko klęska.

Dlatego, że miarą sukcesu ekonomicznego są owoce, jakie on przynosi zwyczajnym ludziom.

To nie znaczy, że próbował swoją rację narzucić innym. Jacek dobrze pamiętał doświadczenie komunizmu, w którym sam uczestniczył, i wiedział, że racja, która wyeliminuje inne, która odzierży pole i zepchnie wszystkie pozostałe – choćby to była jego własna racja – obróci się w najgorsze zło. Dlatego Jacek był takim osobliwym rewolucjonistą, którego celem nie było zniszczenie przeciwnika, tylko kompromis. On w sporze politycznym zawsze szukał racji oponenta.

Szukał jakichś wartości wspólnych z tymi, którzy sądzili inaczej niż on i reprezentowali inne interesy. Starał się wejść w skórę przeciwnika, starał się zrozumieć jego racje i starał się jakoś te sprzeczne racje pogodzić. Można powiedzieć, że z tego punktu widzenia najważniejszym jego projektem dla nowej Polski był Pakt o przedsiębiorstwie. To miał być skład zasad, pewna reguła życia społecznego i gospodarczego oparta na społecznych porozumieniach.

Można uważać, że to jest marzycielstwo. Ale ja myślę, że to nie jest marzycielstwo, to był i jest realny pomysł, jak ochronić demokrację, gospodarkę rynkową przed ciężkimi wstrząsami, jak uchronić Polskę przed głębokim rozdarciem przez wielki konflikt społeczny.

I jeżeli my zagubimy to dziedzictwo Jacka – wielkiego rewolucjonisty i człowieka kompromisu zarazem – to na pewno będziemy słabi, to na pewno będziemy gorsi i trudniej nam będzie stawiać czoła zagrożeniom.

Ale głosy, które się odezwały po Jego śmierci, takie poruszenie serc i umysłów pozwala żywić nadzieję, że potrafimy pałeczkę po Nim przejąć.

Że wszyscy to potrafimy. W każdym razie spróbujemy. I jesteśmy to winni – nie Jemu. Jesteśmy to winni sobie samym.

Scroll to topPowrót na górę

PL/EN

Wybierz format